Przełom 1944/1945 roku. rzełom 1944/1945 roku. Rejon Ślęży. Mieszkańcy okolicznych wiosek słyszą każdego dnia wzmożony ruch na drodze okalającej Zobtenberg. Sowieci szykują się do wielkiej ofensywy, a bezpieczny dotąd dolnośląski Heimat, do którego wojna jeszcze nie dotarła szykuje się do obrony. Teren góry od dawna jest już zamknięty, otoczony szczelnym kordonem bezpieczeństwa. Trwa koncentracja wojska. Spokojne dotąd okolice zamieniają się powoli w bastion. Wśród licznych transportów znajduje się kilka o charakterze specjalnym. Ciężarówki wypełnione skrzyniami wjeżdżają od strony Tąpadła. Zjeżdżają na lewo w stronę Czernicy bądź w prawo, kierując się na szczyt Ślęży. Po jakimś czasie wracają, wyraźnie nieobciążone, ich silniki nie wyją już tak przeraźliwie...
Zagłębiając się w historię Sobótki z okresu II wojny światowej, czyli jakby mogło się wydawać, temat szeroko opracowany i rzetelnie przestudiowany, ku naszemu zdumieniu natrafiamy na wiele białych kart, zbiór sprzecznych i lakonicznych informacji. Bezpośrednia bliskość prężnego ośrodka akademickiego, jak też sama atrakcyjność merytoryczna zagadnienia (mamy tu na myśli walory turystyczne, historyczne i eksploracyjne) wbrew pozorom nie zaowocowała, jak dotąd, drobiazgowym i całościowym spojrzeniem na dzieje Sobótki i Ślęży. Nawet tak, zdawałoby się, ważne wydarzenie, jakim było zajęcie ówczesnej miejscowości Zobten (Sobótki) przez wojska radzieckie w maju roku 1945, nie jest jednoznacznie datowane w źródłach i opracowaniach, jak też w relacjach świadków czy ich potomków. Zanim jednak ostatecznie wydamy Zobten w ręce wojsk Armii Czerwonej, zajmijmy się jego wojenną historią.
Przed wojną Zobten i Zobtenberg (Sobótka i Ślęża) były jednym z ulubionych miejsc weekendowych wypadów dla mieszkańców ówczesnego Breslau. W tym względzie do czasów dzisiejszych nic się więc nie zmieniło. Malownicze miejscowości przytulone do prastarej i tajemniczej góry, dalece bardziej zadbane niż obecnie, rozpalały wyobraźnie naukowców jak i zwykłych turystów. Na pocztówkach z tamtego okresu widać schronisko na Ślęży, idylliczne krajobrazy i sielską panoramę okolic masywu. Przez większą część II wojny światowej bowiem, opisywane okolice cieszyły się względnym spokojem. Sobótka od lat 20. XX wieku była jednym z trzech ośrodków przemysłowych w Niemczech, gdzie prowadzono eksploatacje złóż magnezytu. W czasie wojny, a właściwie w końcowym jej etapie, część obiektów przemysłu wydobywczego została zaadaptowana na potrzeby produkcji zbrojeniowej. W Śląskich Zakładach Przeróbki Rud Magnezytu, w szybie ''Eva'' (obiekt o kryptonimie Seehund) produkowano dla firmy FAMO z Wrocławia części do 18 tonowych ciągników artyleryjskich, zaś w kopalni ''Elsę'' należącej do Śląskich Kopalni Magnezytu w Sobótce-Strzeblowie wytwarzano dla oddziału firmy Krupp z Laskowic wały korbowe do samolotów. Warto wspomnieć, że Sobótka od 1942 roku była również miejscem zabezpieczenia i przechowywania najstarszych dokumentów i muzealiów z Archiwum oraz Muzeum Diecezjalnego we Wrocławiu. Spokój zniknął jednak wraz z rokiem 1945 i wielką ofensywą Sowietów.
Operacja Dolnośląska została zaplanowana przez dowództwo radzieckie pod koniec stycznia 1945 roku. Jej głównym zadaniem miało być rozbicie jednostek grupy Armii ''Środek'' rozmieszczonych na Łużycach i Dolnym Śląsku. 8 lutego ofensywę rozpoczął udany atak Sowietów w okolicach Ścinawy. W następnych dniach Niemcy zaczęli rozmieszczać wojska w rejonie natarcia. W okolice Sobótki oddelegowano 20. Dywizję Pancerną. Północno--wschodni rejon Sobótki w połowie lutego stał się jednym z punktów na linii frontu przebiegającej od Kostrzy po Jordanów Śląski. 11 lutego część mieszkańców Sobótki i okolicznych wiosek została ewakuowana w rejon Kotliny Kłodzkiej. Już w pierwszych dniach lutego wojska ZSRR, a konkretnie 5. Armia Gwardii i oddziały 52. i 6. Armii, otrzymały rozkaz okrążenia i zdobycia Breslau. Pierścień wokół miasta zamknął się nocą z 13 na 14 lutego, gdy wyżej wymienione jednostki połączyły się w okolicach wsi Domasław. Niemcy odpowiedzieli jeszcze tego samego dnia atakiem skierowanym w stronę Breslau siłami 8., 19. i 20. Dywizji Pancernej, gromadzonych u podnóża Ślęży i w okolicach Sobótki. Natarcie przyniosło chwilowy sukces w postaci przerwania radzieckiego okrążenia, jednak już po kilkunastu godzinach sowiecki kordon zamknął się ponownie. 17 lutego Rosjanie zajęli rejon Sobótki i Ślęży, ale szybko utracili go na rzecz hitlerowskiej 17. Armii, która zdołała utrzymać się tam aż do maja 1945 roku. Mieszkańcy Breslau z niepokojem i nadzieją śledzili zmieniającą się sytuację w rejonie Sobótki, co znajduje swoje odzwierciedlenie w doniesieniach prasowych. W gazetach (głównie ''Schliesische Tageszeitung") i raportach wojskowych z ostatniej fazy wojny przewijają się informacje o sowieckich próbach zajęcia Sobótki oraz przyjmowane z ulgą zdania ''sytuacja w Sobótce stabilna". Pisano o walkach pancernych w rejonie góry, o umacnianiu się sił radzieckich w tej okolicy (przykładowo w ''Kriegstagesbuch" z 6 marca znajdujemy wzmiankę o pięćdziesięciu sowieckich transportach lotniczych z zaopatrzeniem lądujących w okolicy miasteczka), a także zamieszczano szczegółowe informacje o stratach poniesionych przez Rosjan. Niesamowite wrażenie robią raporty z punktu obserwacyjnego na Ślęży, w których, pomimo oficjalnego tonu, przebija rezygnacja i brak wiary w zwycięstwo. Z ciekawostek warto przytoczyć informacje o tajemniczym przejściu podziemnym prowadzącym z Wrocławia do Sobótki. Pomimo tego, że pisano iż tunel istnieje jedynie w legendach, ludzie nie tracili nadziei. W prowadzone przez ochotników poszukiwania przejścia, angażować się miało się nawet wojsko.
Maj przyniósł ostateczne rozstrzygnięcia. 7 dnia tego miesiąca rozpoczęło się natarcie wojsk radzieckich. W wyniku zaciekłych walk, jak podaje niemiecka prasa, Sobótka wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk. Pomimo tego, że wojska niemieckie wspomagane były przez grupę bojową SS, (SS--Kampfstaffel Dirks), dysponującą ośmioma działami samobieżnymi, Niemcom nie udało się pokonać wojsk radzieckich. Początkowo kwestionowaliśmy datę 8 maja jako dzień ostatecznego zajęcia Sobótki przez Rosjan, gdyż autorzy opracowań, nie dysponując niepodważalnymi informacjami na ten temat, podawali ją niejako cytując innych badaczy. Nasze wątpliwości rozwiała jednak akoniczna notatka wojskowa właśnie z tego dnia, informująca o odwrocie i kapitulacji niemieckiej załogi z Sobótki. Pomimo tego, że miasto nie ucierpiało znacznie w wyniku działań wojennych, skala zniszczeń dla Sobótki to aż 50%, co sugerowałoby coś zupełnie przeciwnego. Przykład chociażby Oleśnicy dowodzi jednak, że upojeni zwycięstwem (i nie tylko) Sowieci potrafili niszczyć miasta dużo skuteczniej niż nawet najcięższe działania wojenne...
Równolegle w tle wojennych wydarzeń roku 1944 i 1945 w rejonie Sobótki, według nielicznych przekazów świadków, miały miejsce akcje specjalne związane prawdopodobnie z ukrywaniem przez Niemców depozytów. Wydawać by się mogło, że wspólnym elementem i niejako zawiązaniem akcji jest z pewnością na poły legendarna, znana większości pasjonatów tajemnic, sprawa tzw. ''złota Wrocławia". Trudno jednoznacznie stwierdzić, kiedy ów termin pojawił się po raz pierwszy w odniesieniu do depozytów dolnośląskich, a może tylko wrocławskich banków ukrytych przez nazistów na przełomie 1944 i 1945 roku, gdzieś w Sudetach. Na czym opieramy w takim razie wiedzę o tym wirtualnym skarbie, poszukiwanym co najmniej z takim samym zapałem jak Bursztynowa Komnata?
Dysponujemy zachowanymi i udokumentowanymi zeznaniami prawdopodobnego uczestnika akcji ukrywania ''złota Wrocławia", Herberta Klosego. Przez kilkadziesiąt powojennych lat ten były funkcjonariusz wrocławskiej Policji, przesłuchiwany przez Urząd, a później Służbę Bezpieczeństwa dostarczał szczegółów skomplikowanej łamigłówki, jaką były okoliczności wywozu depozytów z Wrocławia, typowania potencjalnych skrytek i wreszcie samej akcji. W efekcie mamy dzisiaj kilkanaście prawdopodobnych lokalizacji. Lokalizacji, których nawet przy dzisiejszym stanie techniki nie jesteśmy w stanie zweryfikować. I wydaje się, że zeznania Klosego to jedyny bezpośredni trop. Zaznaczmy, bardzo kiepski. Za to pośrednich mamy całe mnóstwo w postaci relacji, zeznań i listów świadków. Mimo że brak jest jakichkolwiek racjonalnych przesłanek, nie ma śladu po domniemanym ogłoszeniu we wrocławskiej prasie i obwieszczenia apelu do mieszkańców i właścicieli zakładów jubilerskich o składanie depozytów w prezydium policji, poszukiwania „złota Wrocławia" trwają - nieustająco. Mniej lub bardziej oficjalnie.
Ciąg dalszy historii ''złota Wrocławia" przez lata dopisywał mjr kontrwywiadu wrocławskiej SB Stanisław Siorek. Oficer ten od początku lat 70. zaangażowany służbowo w sprawy niemieckie, upodobał sobie szczególnie weryfikację posiadanych w archiwach i zbieranych w trakcie działań operacyjnych informacji dotyczących ukrytych depozytów poniemieckich. Łącząc osobistą pasję z obowiązkami służbowymi, w największym chyba stopniu przyczynił się do popularyzacji wielu do dzisiaj badanych historii ''skarbowych". Jemu zawdzięczamy też dobudowę merytoryczną legendy „złota Wrocławia", która zapewne powstała w oparciu o kontakty majora ze wspomnianym wcześniej Herbertem Klose. Zainicjowało to cały mechanizm poszukiwań mitycznego depozytu wrocławskich banków ukrytych w Sudetach, którego punktem kulminacyjnym były akcje eksploracyjne prowadzone przez... przedstawicieli MON i MSW w latach 80. ubiegłego wieku.
Informacje dotyczące depozytów, zbierane na Dolnym Śląsku przez regionalne służby kontrwywiadu i wywiadu SB trafiały w postaci meldunków również do centrali w Warszawie. Zgromadzone materiały, w opinii wysokich funkcjonariuszy MSW, były na tyle obiecujące, aby zorganizować większą akcję weryfikacyjną. Działania takie zaaprobował gen. Czesław Kiszczak szef kontrwywiadu WSW, późniejszy Minister Spraw Wewnętrznych. W 1980 r. powołana została ekipa złożona z przedstawicieli zarówno MSW jak i MON, wyposażona we wszelkie narzędzia i pełnomocnictwa umożliwiające przeprowadzenie zaawansowanych prac eksploracyjnych w rejonie Sudetów. Celem było dotarcie do „złota Wrocławia". Wytypowanych zostało 11 ''najbardziej interesujących obiektów". Wśród nich, drugim w kolejności był masyw Ślęży. Co ciekawe, resortowi poszukiwacze skarbów nie byli pierwszymi eksploratorami działającymi na Ślęży z ramienia i za przyzwoleniem socjalistycznej ojczyzny...
W roku 1949 roku do Przedsiębiorstwa Poszukiwań Terenowych, zajmującego się wykrywaniem i zabezpieczaniem mienia poniemieckiego na Ziemiach Odzyskanych wpłynęło zgłoszenie kierownika schroniska na Ślęży Tadeusza Hudycza oraz kierownika szkoły Gerarda Kaczmarka zaniepokojonych dziwnymi zjawiskami mającymi miejsce na szczycie Ślęży. ''Stwierdziliśmy, że pod polaną znajdują się prawdopodobnie schrony, czy też magazyny na podstawie opukania. W pobliżu domu zaobserwowano również częsty ruch kilku osobników w porach nocnych, dym wydobywający się spod kamieni, oraz ślady ścieżek i liczne nawoływania, to wszystko świadczy o zamieszkiwaniu i ewentualnym strzeżeniu tych bunkrów. Podkreślić należy, że postępowanie tych osobników jest bardzo ostrożne. Przypuszczamy również, że posiadają oni aparaty podsłuchowe". Sprawa ta na tyle zaintrygowała kierownictwo PPT, że niemal natychmiast na miejsce został wysłany inspektor Leonard Rogala. Spędził on na szczycie całą noc czuwając i obserwując ze schroniska teren polany. Niestety, nie zauważył żadnych niepokojących zjawisk. Całą noc trwała jednak zawieja śnieżna, znacznie ograniczająca widoczność. Nad ranem jedynym podejrzanym tropem, były ślady butów, męskich i damskich na śniegu. Prowadziły jednak donikąd. Podobnie zresztą jak tajemnicze dymy, które okazały się być poranną mgłą spowijającą szczyt niemal każdego ranka.
30 lat później na Ślęży pojawiła się inna, znacznie liczniejsza ekipa. Wydaje się, że sprawcą zamieszania był niejaki Marian Orłowski z Głogowa. W swym liście skierowanym zarówno do TVP jak i ówczesnego premiera Piotra Jaroszewicza, relacjonował swoje wyprawy na szczyt Ślęży, które odbywał w 1946 roku. Wskazywał okoliczności i miejsce prawdopodobnego ukrycia przez Niemców znacznych dóbr. Na podstawie zebranych relacji autochtonów oraz własnych obserwacji ustalił uznaną najwyraźniej, za dość wiarygodną wersję wydarzeń jaka miała miejsce na Ślęży na przełomie 1944 i 1945 roku. Na tyle wiarygodną, że premier wydał polecenie dokładniejszego zbadania tej sprawy. Zadanie to realizowane było przez Wydział Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego we Wrocławiu przy współpracy z Okręgową Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich. List Orłowskiego nie był oczywiście jedynym źródłem na jakim wówczas się oparto, uzupełnieniem były materiały gromadzone przez Służbę Bezpieczeństwa. Do dyspozycji ekipy został oddany dźwig, saperzy oraz specjalistyczny sprzęt pomiarowy. Według raportu końcowego, akcja zakończyła się niepowodzeniem. Chociaż urządzenie wykazało pewne anomalie, nie było jednak możliwości technicznych weryfikacji odczytu. Prace zostały przerwane nagle, a oficjalną przyczyną były niesprzyjające warunki pogodowe. Mimo to, w tym samym roku podobne akcje ponawiano kilkakrotnie m.in. z inicjatywy wspomnianego już mjr SB Stanisława Siorka, przy udziale Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno--Konserwatorskiego i z wykorzystaniem aparatury Zakładów Badawczo Projektowych Miedzi „Cuprum" oraz Wojskowego Instytutu Techniki Inżynieryjnej. Mimo uzyskania ciekawych wyników, ryzyko błędu w interpretacji badania było zbyt wysokie ze względu na niekorzystne oddziaływanie nadajnika telewizyjnego umieszczonego na szczycie Ślęży.
W czerwcu 1981 roku do działania przystąpiła wspomniana już ekipa MON i WSW. Wojskowi idą po przetartych już tropach przez swych poprzedników, na których wynikach zresztą bazują. Szczegóły podjętych działań w tym wypadku są jednak niedostępne. Wiemy jedynie o próbie penetracji podziemi kościoła na szczycie Ślęży. Działania takie wymagały jednak przeprowadzenia prac archeologicznych, na co zgodę szybko uzyskano. Niestety, na tym jednak działania się zakończyły, prac nie kontynuowano.
Na przestrzeni ostatnich 20 lat w artykułach prasowych i literaturze eksploracyjnej pojawiały się często informacje o ponownym zainteresowaniu Ślężą przez służby specjalne. Trudno oczywiście zweryfikować wiarygodność tego typu doniesień, chociaż można mniemać, że albo tym razem przeciek był kontrolowany, a całość akcji maksymalnie utajniona, albo po prostu to kaczka dziennikarska, żądnych sensacji reporterów. Nieoficjalnych akcji eksploracyjnych organizowanych przez mniej lub bardziej profesjonalne grupy poszukiwaczy skarbów nie sposób odtworzyć. Znana jest jedynie akcja Międzynarodowej Agencji Poszukiwawczej Włodzimierza Antkowiaka z pierwszej połowy lat 90., kiedy eksploratorzy wpadli na trop średniowiecznej kopalni złota umiejscowionej w pobliżu szczytu. Podstawą był artykuł w niemieckim periodyku archeologicznym, w którym opisano obiekt odkryty przy okazji budowy wodociągu doprowadzającego wodę do schroniska. Kopalnia została przebadana i zinwentaryzowana przez archeologów w 1929 roku. Przez kilkadziesiąt kolejnych lat fakt jej istnienia uległ zapomnieniu, aż do roku 1993 kiedy młody eksplorator Piotr Maliński na podstawie zapisów niemieckich archeologów dotarł do jej wnętrza. Wśród poszukiwaczy skarbów odkrycie kopalni budziło wiele emocji, wielkie były również nadzieje na odnalezienie ukrytych w niej depozytów. Penetracja kopalni, zakończyła się jednak niepowodzeniem, jej korytarze były puste. Również Wojtek Stojak, dolnośląski poszukiwacz skarbów prowadził badania browaru w Sobótce oraz Zamku-Górce usytuowanego u podnóża Ślęży.
Pomijając większość nieścisłości wynikających z braku szczegółowych informacji na temat miejsca ukrycia cennych depozytów w masywie Ślęży, wytypować można kilka potencjalnych lokalizacji, najlepiej nadających się do tego typu celów. W grę wchodzą przede wszystkim prawdopodobnie istniejące podziemia pod dzisiejszym kościołem, usytuowanym na terenie dawnego średniowiecznego klasztoru i zamku. Do dzisiaj, mimo prowadzenia na jego terenie zaawansowanych badań archeologicznych nie udało się odnaleźć do nich wejścia. Skała jednak, na której usytuowana jest świątynia posiada kilka tajemniczych, wydawać by się mogło niedokończonych tuneli. Wokół samego szczytu góry, znajduje się parę niezwykle interesujących miejsc. Niektóre formacje skalne noszą ślady ludzkiej ingerencji, pewne trakty wokół Ślęży prowadzą z kolei... donikąd. Wspomniany już Marian Orłowski w swym liście opisuje dokładnie jedno z takich miejsc znajdujące się faktycznie w pobliżu szczytu, które zdaje się nosić pewne znamiona działań maskujących. Wielce intrygująca była również kwestia odnalezienia fragmentów sań, w dość ustronnym i nietypowym miejscu. Wzbudziły one sporo emocji w związku z potencjalnym ładunkiem jakie miano przy ich pomocy transportować. Zwłaszcza, że w przypadku relacji z innych miejsc ukrycia depozytów, wątek sań pojawia się nader często. Ciężarówki wypełnione ciężkim i cennym ładunkiem nie były w stanie zimową porą sforsować oblodzonych i stromych podjazdów. Przeładowywać więc miano skrzynie na sanie, aby dostarczyć ładunek na ostatnim, najtrudniejszym etapie akcji ukrywania depozytów. Do dzisiaj nie wiadomo do kogo sanie należały i w jakich okolicznościach zostały porzucone na zboczach Ślęży.
Dzięki uprzejmości Wojtka Stojaka, który udostępnił nam list jaki otrzymał w 2001 roku od pana Stanisława Ż. Spod Pabianic, mogliśmy zapoznać się jeszcze z jednym wojennym epizodem, który miał się rozgrywać na sąsiadującym od południa z Górą Ślężą Masywie Raduni. Mianowicie na północno-zachodnim stoku mierzącej 481 m n.p.m. góry Czernicy znajduje się kopalnia chromitu. Złoże było eksploatowane już pod koniec XIX wieku oraz w czasie II wojny światowej. Minerał ten miał spore znaczenie strategiczne, służył do wyrobu stali chromowej, żelazochromu oraz jako komponent w procesie produkcji materiałów ogniotrwałych. W latach 1940-1943 wydobyto 21251 tego surowca. Po wyczerpaniu złoża kopalnię zamknięto. Prawdopodobnie pod koniec wojny Niemcy odstrzelili część chodników, oficjalnie w celu utrudnienia późniejszej eksploatacji kopalni albo... tu oddajmy głos panu Stanisławowi: ''Niemiec ten opowiadał mi, że w styczniu 1945 roku, jak Rosjanie zbliżali się do Wrocławia to jednej nocy jechała długa niemiecka kolumna samochodów ciężarowych. Wszystkie były pod plandeką. Oczywiście były zaciemnione i jechały późno w nocy. Kolumna stanęła, a potem jak ruszała i jeden samochód raptownie ruszył bo było ślisko, to odpięła się tylna klapa i wypadło kilka skrzyń. Jedna rozbiła się i wysypały się z niej maszyny do pisania. Jak się ten Niemiec dowiadywał to pojechali na Strzegomiany, Będkowice, Sulistrowicz-ki do Tąpadła. Tam miała być kopalnia magnezytu". Przypuszczać można, że opis ten prawdopodobnie wskazuje jednak kopalnię chromitu (chyba że nie znaną nam kopalnię magnezytu) na zboczu Czernicy. Obecnie rozpoznany jest jeden z dostępnych poziomów kopalni, którego chodnikiem można przejść na maks. odległość 422 m. Znajdujący się na zewnątrz kilkadziesiąt metrów wyżej 30 metrowy szyb jest drożny, trudno jednak stwierdzić, czy odchodzące z niego korytarze są dostępne. Interesujący wydaje się zalany wodą szyb wewnątrz wspomnianego wcześniej korytarza, prowadzący do zalanego niższego poziomu. Miejsce to wydaje się być najbardziej interesujące pod względem poszukiwań, jest jednak szkopuł - jest dobrze rozpoznane, stanowi bowiem cel licznych wypraw nurków jaskiniowych. Na całej długości dostępnej części kopalni znajdują się liczne zawały i ślepe odnogi. Potencjalnie zatem jest idealnym miejscem ukrycia depozytów. Niestety, możliwości eksploracji i jakiejkolwiek próby zweryfikowania niejasnych okoliczności ukrywania skarbów przez Niemców w kopalni są nierealne. Wracając do relacji pana Stanisława, rozczarowują nieco maszyny do pisania, ale przynajmniej opis wydaje się być w miarę racjonalny, gdyż Niemcy często ukrywali tego typu sprzęty biurowe. Świadczy o tym choćby jedno ze zgłoszeń skierowanych do PPT, dotyczące kopalni magnezytu w Sobótce, w których pojawiła się informacja o możliwości pozyskania maszyn nie tylko do pisania ale i do liczenia. Niestety, inspektorzy sprawdziwszy teren kopalni znaleźli jedynie fragmenty porcelany oraz przegniłe dywany. Wspomniane wcześniej obiekty związane z wydobyciem i przeróbką magnezytu w Sobótce i Sobótce Strzeblowie, wydają się również ciekawe pod kątem potencjalnej eksploracji. Trzeba wziąć jednak pod uwagę, że były eksploatowane przez kilkadziesiąt lat po wojnie. Zamknięto je w latach 80., dzisiaj na powierzchni ich teren jest niwelowany z przeznaczeniem pod zabudowę domków jednorodzinnych.
Podsumowując akcje eksploracyjne, jakie miały miejsce na Ślęży, jak do tej pory nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Nie oznacza to oczywiście, że okolica pozbawiona jest już tajemnic, wręcz przeciwnie, podjęcie nowych tropów, powtórna analiza dostępnych materiałów pozwala „skarbowymi" zagadkami świętej góry Słowian zająć się na nowo. Od ostatnich oficjalnych badań minęło prawie 30 lat, nastąpił w tym czasie potężny skok technologiczny w zakresie geofizycznych urządzeń pomiarowych. Dysponujemy zatem obecnie narzędziami o wiele bardziej doskonałymi niż ekipy działające na przełomie lat 70. i 80. Ponowna weryfikacja sporządzonych wówczas pomiarów, powtórzenie ich za pomocą nowoczesnego sprzętu, być może pozwoliłoby na podjęcie nowych tropów. Skoro przesłanki zorganizowania oficjalnych poszukiwań 30 lat temu były na tyle mocne, aby wyposażyć we wszelkie pełnomocnictwa i najnowocześniejszy ówcześnie sprzęt pomiarowy ekipę poszukiwawczą, co stoi na przeszkodzie zorganizowania dzisiaj podobnej akcji? Oczywiście koszty przedsięwzięcia oraz uzyskanie niezbędnych pozwoleń. Wydaje się jednak, że na dzisiejszym etapie zaawansowania działań eksploracyjnych, rozłożeniu ich w czasie i odpowiednim rozplanowaniu pozwoli w przyszłości na ponowna weryfikację podjętych 30 lat temu badań.
GRZEGORZ GÓRA, PIOTR MASZKOWSKI
http://www.zobten.com/
Post Top Ad
Your Ad Spot
niedziela, 2 sierpnia 2015
Tajemnice Ślęży
Tags
Mity-Legendy#
Udostępnij
About ParanormalnaPolska
Mity-Legendy
Etykiety:
Mity-Legendy
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Post Top Ad
Your Ad Spot
Author Details
Poszukuje osób które widziały lub doświadczyły zjawisk paranormalnych , szukam relacji naocznych świadków lub osób które znają takowe osoby. Zapewniam pełną anonimowość. Zbieram relacje teraźniejsze, jak i z lat ubiegłych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz